11 rok blogowania…

Zapraszam na mojego bloga

www.walpurg.pl
Bez cenzury i bez reklam!

Wpis opublikowaliśmy 20 czerwca 2011

Gratulacje dla Onetu!

Najserdeczniejsze gratulacje dla redakcji portalu Onet.pl – organizatora konkursu Blog Roku 2010 – za promowanie nieuczciwości i manipulacji!

Od 3 czy 4 lat internauci zwracają uwagę na podłe manipulacje, jakich dopuszcza się jeden ze startujących w konkursie na Bloga Roku. Nie dość, że jako osoba znana z mediów i działalności politycznej ma uprzywilejowaną pozycję w stosunku do „normalnych” blogerów, to jeszcze obmyśla i publikuje systemy wycinania z rankingu wszystkich tych, którzy w swoich blogach prezentują inne myślenie.

Nieuczciwe względem innych startujących manipulacje ekscentryka w muszce mnie nie dziwią. Gdyby wszyscy grali fair, świat już byłby rajem. Dziwi mnie natomiast absolutny brak reakcji organizatorów.

Ja rozumiem, że Onetowi jest na rękę wygrana Korwina-Mikke, bo to blog z platformy Onetu i to ten portal zarabia na każdym przeładowaniu jego strony. Ale to jest nieuczciwe względem innych startujących! Bo zachęca się ludzi do wysyłania SMS-ów na ulubione blogi, gdy tymczasem wygrać może tylko i wyłącznie bloger podle manipulujący wynikami!

Tak, szanowny Onecie! Wasz brak reakcji na zachowanie Korwina-Mikke oznacza lekceważenie wszystkich innych startujących blogerów.

Z poważaniem

Walpurg

- zdobywca Wyróżnienia w konkursie Blog Roku 2005

- zdobywca III nagrody w konkursie Blog Roku 2006

Wpis opublikowaliśmy 20 stycznia 2011

893. Order Orła Białego dla Szymborskiej

Wisława Szymborska otrzymała dziś na Wawelu z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego Order Orła Białego.

Wspaniała poezja i urocza poetka! Żadnej pompatyczności, nadęcia, zadęcia, wzniosłości, patosu, martyrologii! Dużo humoru, ironicznego dystansu, zadziwienia światem, prostoty (w najlepszym znaczeniu tego słowa).

Bardzo trudno było mi wybrać ulubiony wiersz Szymborskiej. Są więc aż trzy. A i to nie wyczerpuje listy. Najpierw cudowna Cebula. Jaki trzeba mieć sposób patrzenia na rzeczywistość, by w cebuli dostrzec doskonałość?

Cebula

Co innego cebula.

Ona nie ma wnętrzności.

Jest sobą na wskroś cebula

do stopnia cebuliczności.

Cebulasta na zewnątrz,

cebulowa do rdzenia,

mogłaby wejrzeć w siebie

cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość

ledwie skórą przykryta,

inferno w nas interny,

anatomia gwałtowna,

a w cebuli cebula,

nie pokrętne jelita.

Ona wielekroć naga,

do głębi itympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,

udany cebula twór.

W jednej po prostu druga,

w większej mniejsza zawarta,

a w następnej kolejna,

czyli trzecia i czwarta.

Dośrodkowa fuga.

Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:

najnadobniejszy brzuch świata.

Sam się aureolami

na własną chwałę oplata.

W nas – tłuszcze, nerwy, żyły,

śluzy i sekretności.

I jest nam odmówiony

idiotyzm doskonałości.

A teraz dwa wiersze na ten sam temat – wiersze o potędze literatury. Najpierw Niektórzy lubią poezję – pełen ironii esej(!) o poezji zakończony swoistym wyznaniem wiary, pod którym mógłby się podpisać każdy, kto reprezentuje „oświeceniową” optykę rozumienia świata: „A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego / jak zbawiennej poręczy.”

Niektórzy lubią poezję

Niektórzy -

czyli nie wszyscy.

Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.

Nie licząc szkół, gdzie się musi,

i samych poetów,

będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.

Lubią -

ale lubi się także rosół z makaronem,

lubi się komplementy i kolor niebieski,

lubi się stary szalik,

lubi się stawiać na swoim,

lubi się głaskać psa.

Poezję -

tylko co to takiego poezja.

Niejedna chwiejna odpowiedź

na to pytanie już padła.

A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego

jak zbawiennej poręczy.

Radość pisania – tekst o fikcji literackiej, a zatem o paradoksie, który stanowi fundament naszej miłości do literatury. I znowu mocna końcówka – śmiertelny człowiek może się zemścić. Być może to właśnie jest sensem życia? Może pozostawienie po sobie czegoś trwałego jest najlepszym sposobem przezwyciężenia nieuchronności śmierci?

Radość pisania

Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?

Czy z napisanej wody pić,

która jej pyszczek odbije jak kalka?

Dlaczego łeb podnosi, czy coś słyszy?

Na pożyczonych z prawdy czterech nóżkach wsparta

spod moich palców uchem strzyże.

Cisza – ten wyraz też szeleści po papierze

i rozgarnia

spowodowane słowem las gałęzie.

Nad białą kartką czają się do skoku

litery, które mogą ułożyć się źle,

zdania osaczające,

przed którymi nie będzie ratunku.

Jest w kropli atramentu spory zapas

myśliwych z przymrużonym okiem,

gotowych zbiec po stromym piórze w dół,

otoczyć sarnę, złożyć się do strzału.

Zapominają, że tu nie jest życie.

Inne, czarno na białym, panują tu prawa.

Okamgnienie trwać będzie tak długo, jak zechcę,

pozwoli się podzielić na małe wieczności

pełne wstrzymanych w locie kul.

Na zawsze, jeśli każę, nic się tu nie stanie.

Bez mojej woli nawet liść nie spadnie

ani źdźbło się nie ugnie pod kropką kopytka.

Jest więc taki świat,

nad którym los sprawuję niezależny?

Czas, który wiążę łańcuchami znaków?

Istnienie na mój rozkaz nieustanne?

Radość pisania.

Możność utrwalania.

Zemsta ręki śmiertelnej.

Wpis opublikowaliśmy 18 stycznia 2011

892. „Solidarność”, czyli co?

W świecie głupieją. Dwóch gejów (skrót definicji – gej = bogaty pedał) funduje sobie noworodka płci męskiej, wszyscy poprawnie i politycznie pieją z zachwytu. Zgroza” – czytamy w Biuletynie Informacyjnym, który można znaleźć w Urzędzie Miasta Poznania. Biuletyn wydaje NSZZ „Solidarność” zrzeszająca pracowników Urzędu Miasta i strażników miejskich.

W normalnym państwie organizacja związkowa jest po to, by myśleć o ewentualnych krzywdach pracowników. W Polsce związek zawodowy „Solidarność” nie zajmuje się potencjalnymi krzywdami swoich członków (jest rzeczą niemal pewną, że w Urzędzie Miasta jacyś geje pracują), ale wręcz sam wyrządza im szkodę!

W normalnym kraju dla związku zawodowego dobro pracownika jest wartością najwyższą. W Polsce związek zawodowy zajmuje się głównie propagowaniem uprzedzeń.

„Solidarność” to nie jest żaden związek zawodowy!

Wpis opublikowaliśmy 17 stycznia 2011

891. Blog Roku 2010!

I znowu mamy konkurs na Bloga Roku. Tym razem wybieramy najlepszy blog roku 2010.

Chciałem was zachęcić do głosowania na bloga, który jest mi szczególnie bliski. To blog Abiekta!

Abiekt, czyli Wojtek Szot, to postać wyjątkowa. To młody warszawski działacz gejowski, feministyczny i kulturalny (np. akcja „Miłość nie wyklucza”), wydawca książek, albumów i komiksów. To taka „gejowska agencja informacyjna” – Wojtek prenumeruje jakieś niewyobrażalne setki blogów i serwisów LGBT z całego świata, na dodatek pamięta, co i gdzie się działo, kto i co powiedział lub napisał. Po prostu chodząca encyklopedia ruchu LGBT. Inteligentny, bardzo niezależny w sądach, ale i sprawiedliwy. A to szczególnie ważne, gdy ktoś prowadzi zdecydowanie najważniejszego „branżowego” bloga.

Bardzo chciałbym, aby osiągnął dobry wynik i wygrał.

Aby zagłosować należy wysłać SMS o treści C00054 (000 – to są cyfry „zero”, nie litery!) na numer 7122 Koszt: 1,23 zł.

Koszt SMS-a nie jest duży!
Z jednego numeru można wysłać tylko jednego SMS-a. Ale przecież każdy ma sąsiadów, znajomych, rodzinę… :)

GŁOSUJCIE!

Wpis opublikowaliśmy 11 stycznia 2011

890. Zacmienie umysłów

Dzisiaj mieliśmy zaćmienie Słońca. W mediach było to spore wydarzenie. Jednocześnie przyzwyczailiśmy się do tego, że na co dzień towarzyszy nam, upokarzające nas jako ludzi, zaćmienie umysłów.

Najpierw przeczytajcie skrót artykułu:

Elżbieta i Janusz Płócienniczakowie w 2008 r. zajęli się zabranymi zarażonej HIV matce: Patrycją, nosicielką HIV (dziś 6-letnia), zdrową Kamilą (5 lat) i zdrowym Hubertem (2 latka). Od 2002 r. w rodzinie Płócienniczaków jest też 9-letni dziś Damian – także nosiciel wirusa HIV.

Rodzice zastępczy chcieli zapisać: Patrycję, Damiana i Kamilę na zajęcia pozalekcyjne. Elżbieta zdobyła na to 16,2 tys. zł z fundacji Przyjaciółka. Wybrali Akademię Nauki. Trójka dzieci miała iść na język angielski, a Damian dodatkowo na kurs „Mądre dziecko” (obejmuje m.in. naukę technik pamięciowych i szybkiego czytania), a dziewczynki na zajęcia z cyklu „Mały odkrywca” (zabawy i doświadczenia rozbudzające potencjał dziecka).

Pani Elżbieta poinformowała Akademię, że dwójka dzieci ma HIV. – Nie musiałam tego robić, ale uznałam, że tak będzie uczciwie wobec pracowników Akademii, na wypadek gdyby któremuś z dzieci kiedyś coś się stało – wyjaśnia.

Po tej informacji Akademia zaproponowała dzieciom Płócienniczaków zajęcia indywidualne. W piśmie do Elżbiety i Janusza szefowa toruńskiego oddziału AN Ewelina Kornowicz wyjaśniła, że chodzi o dzieci, które mogłyby spotkać nieprzyjemności ze strony rówieśników. Po drugie, Akademia obawiała się strat finansowych. „Jako firma komercyjna nie możemy pozwolić sobie na to, aby z powodu nieporozumień i uprzedzeń zaryzykować sytuację, w której ujawnienie informacji dotyczącej stanu zdrowia dzieci wpłynęłoby na liczbę osób uczęszczających na zajęcia, a tym samym na sytuację finansową firmy” – napisała m.in. Kornowicz.

Zajęcia indywidualne okazały się dużo droższe. Kurs „Mądre dziecko” dla zdrowego dziecka kosztuje 1,2 tys. zł. Gdy zajęcia są indywidualne trzeba opłacić dodatkowo pięć pustych miejsc w grupie, czyli 7,2 tys. zł. Dla Damiana Akademia zrobiła wyjątek. Kurs wyceniła „tylko” na 3,6 tys. zł. Za angielski chłopiec zapłacił 2,7 tys. zł zamiast 900 zł (bez upustu byłoby 5,4 tys. zł). Podobnie wyceniono zajęcia dla dziewczynek.

– Mimo wszystko zapisałam dzieci na zajęcia. Obiecaliśmy im je, cieszyły się – mówi Elżbieta. – Liczyłam, że może mimo wszystko uda mi się dogadać z Akademią.

Kornowicz: – Inne szkoły w ogóle odmówiły przyjęcia dzieci pani Płócienniczak. My staraliśmy się znaleźć rozwiązanie najlepsze dla wszystkich. Nie naszą misją jest zmieniać społeczeństwo. Przyjęcie tych dzieci do grupy nie miałoby prawdopodobnie większego wpływu na społeczny odbiór osób zarażonych HIV, a nie wiadomo, jak potoczyłyby się sprawy, gdybym nie poinformowała rodziców, a oni by się o tym dowiedzieli.

Sprawę Akademii Płócienniczakowie zgłosili do rzecznika praw dziecka w Warszawie. „Analiza problemu pozwoliła na stwierdzenie, że nie należy go rozpatrywać jako dyskryminacji, rozumianej zarówno jako szykanowanie czy prześladowanie, wykluczenie społeczne, czy też traktowanie mniej przychylnie bądź odmiennie różnych podmiotów znajdujących się w podobnej sytuacji” – pisze do „Gazety” pracownik biura prasowego RPD Maciej Zwierzyński. Dodaje, że Płócienniczakowie mogli nie zgodzić się na zaproponowane przez Akademię warunki. – Należało zabezpieczyć zarówno dobro, bezpieczeństwo i prawa dzieci chorych, ale też dzieci zdrowych – dodaje Zwierzyński.

Rodzeństwo: Patrycja, Kamila i Hubert to niejedyne dzieci Płócienniczaków. Najpierw zaadoptowali 29-letniego dziś Rafała. Miał ciężką wadę serca. Potem wzięli Izę z porażeniem mózgowym. Ilona (dziś 22-letnia) z powodu autyzmu, porażenia mózgowego i alergii na gluten nigdy nie będzie samodzielna.

Płócienniczakowie zawsze spotykali się z niezrozumieniem, ale dotąd sobie z tym radzili. Damiana wzięli w 2002 r., gdy miał dziesięć miesięcy. Nie chciało go żadne toruńskie przedszkole, potem podstawówka. Szkolny dentysta odmówił mu leczenia. Matki pisały do dyrekcji i magistratu, że nie chcą, aby chłopiec pływał w szkolnym basenie. Koledzy wołali do niego: „Niedługo pójdziemy na twój pogrzeb!”. Patrycją, Kamilą i Hubertem, kiedy dzieci nie chciał żaden dom dziecka w Polsce, nawet prowadzony przez zakonnice, w 2008 r. zajęli się Płócienniczakowie.

Historia z Akademią Nauki przelała czarę goryczy. – Nie byliśmy w stanie pokonać wszystkich problemów, jakie przez lata piętrzyły się przed nami urzędy i szkoły – mówi pani Elżbieta. – Na jesieni postanowiliśmy oddać trójkę dzieci, które przyszły do nas najpóźniej, do adopcji. Patrycja, Kamila i Hubert mają już nowe domy. Płócienniczakowie proszą, żeby zmienić im imiona. – Żeby one i ich nowi rodzice mieli święty spokój – tłumaczą. – Bo w tym kraju dziecko z HIV nie ma przyszłości.

Pełny tekst: Natalia Waloch, Dla dobra dzieci?, „Gazeta Wyborcza”, Toruń, 04.11.2011.

[URL="http://wyborcza.pl/1,75478,8899963,dla_dobra_dzieci_.html"]http://wyborcza.pl/1,75478,8899963,Dla_dobra_dzieci_.html[/URL]

Ile w Polsce jest osób zajmujących się tzw. obroną życia? Ile tych, którzy krzyczą, że in vitro to zło i trzeba brać dzieci z domu dziecka? Ile jest osób uważających się za światłe, wykształcone, inteligentne i bez uprzedzeń? Ile jest wśród osób dumnych z bycia katolikami i ile osób dumnych ze swojego świeckiego humanizmu?

I klops. I te wszystkie deklaracje stają się bezwartościową paplaniną, gdy obok pojawia się dziecko będące nosicielem wirusa HIV.

Dzisiaj mieliśmy zaćmienie Słońca. W mediach było to spore wydarzenie. Jednocześnie przyzwyczailiśmy się do tego, że na co dzień towarzyszy nam, upokarzające nas jako ludzi, zaćmienie umysłów.

Ten artykuł pokazuje skandaliczny brak edukacji w kwestii HIV. Jeśli ludzie boją się, że dziecko z HIV stanowi zagrożenie przez sam fakt bycia obok innych dzieci, to znaczy, że jesteśmy jeszcze w latach 80. Wtedy takie myślenie było usprawiedliwione, dzisiaj nie jest.

To stracona okazja, by nauczyć się żyć obok ludzi „HIV+”. A oni są obok, czy się to komuś podoba, czy nie. Także dzieci.

Zastanówmy się: zastępcza matka tych dzieciaków chciała z dobrej woli uprzedzić nauczycieli. Odpowiedzią była panika ukryta w zgrabnych frazesach. Na przyszłość tego błędu już nie powtórzy. Obecni opiekunowie też nie. Nawiasem mówiąc, postąpią słusznie. Te dzieci i tak będą się więc uczyły w jakichś szkołach, tylko że nikt nie będzie wiedział o ich nosicielstwie.

Czy to lepsze rozwiązanie dla społeczeństwa? Lepiej nie wiedzieć? Wygląda na to, że Polacy wolą nie wiedzieć, nie myśleć i udawać, że nie ma żadnego problemu. Wszystko, byle nie musieć konfrontować się z jakimś problemem.

Pytam, co jest lepsze? Wiedzieć, że w klasie twojego syna czy córki jest dziecko „HIV+”, co np. pozwoli ci wyjaśnić dziecku, czym jest ten wirus i na jakie sytuacje ma uważać (krew)? Czy lepiej nie wiedzieć?

Słyszałem kiedyś o dentystce, do której przyszła dorosła nosicielka wirusa HIV. Lekarz sam z siebie ma zachować ostrożność, ale owa kobieta wolała powiedzieć o sobie, z uczciwości, jak matka tych dzieciaków z artykułu. Dentystka wyrzuciła ją stwierdzając, że ona się „takimi” pacjentami nie zajmuje. Co zrobiła ta cierpiąca kobieta? Pewnie poszła do następnego dentysty i też pewnie się przyznała. Ale kiedy i on jej nie przyjął, wybrała się do trzeciego gabinetu. Ale w tym ostatnim zapewne niczego już nie powiedziała.

Czy dentystka wyrzucając nosicielkę HIV postąpiła słusznie? Oczywiście postąpiła bardzo głupio, bo ta nosicielka nigdy więcej nie przyzna się, że jest nosicielką wirusa. Gdybym sam był dentystą, wolałbym wiedzieć. I jeszcze nagrodziłbym tę szczerość miłym słowem. Wiedziałbym, że muszę bardziej uważać, żeby się np. nie skaleczyć. Jeśli zaś nie wiem, to muszę domniemywać, że każdy może być nosicielem wirusa HIV a to paradoksalnie osłabia czujność.

To nie jest tak, że gdzie indziej nosicieli HIV się nie obawiano. Oczywiście, że się obawiano! Strach jest naturalną reakcją na coś nieznanego. Ale w innych krajach jest jakaś edukacja. Ludzie chcą się dowiedzieć, chcą zrozumieć, chcą się otworzyć. W Polsce nie ma ani edukacji, ani chęci zrozumienia problemu, ani nawet gotowości, by się nim w ogóle zająć.

Mówi to wiele o naszym infantylizmie. Zachowujemy się jak dzieci, które widząc w kołyszących się z oknem gałęziach potwora, chowają głowy pod kołdry, by ich nie zauważył.

Ludzie z wirusem HIV, także dzieci, są wśród nas. I będzie ich coraz więcej. Jeśli nie pozwolimy im normalnie żyć, będą zmuszeni to ukrywać z obawy przed odrzuceniem. Czy tak będzie lepiej? I dla kogo?

Zachowanie prywatnej instytucji edukacyjnej jest oburzające. „Nie naszą misją jest zmieniać społeczeństwo” – no tak, oni są tylko od zgarnięcia kasy za oferowany „produkt edukacyjny”, najlepiej dla osób zdrowych, które nie sprawiają kłopotu.

Na koniec pozostaje kwestia Rzecznika Praw Dziecka. Oczywiście nie chodzi, by urząd ten kogoś karał i dyscyplinował. Ale jeśli taki urząd istnieje, to jakimś minimum powinna być próba mediacji między rodziną zastępczą a placówką edukacyjną bądź nawet rodzicami innych dzieci. Tymczasem RPD odpowiada pozbawionym empatii tonem urzędowego pisma, że nie ma problemu. Przy okazji wyszło też na jaw, że urzędnicy tej instytucji nie mają pojęcia o sprawach, które powinni rozwiązywać. Taka instytucja jest nikomu do niczego niepotrzebna.

Co dalej? Jeśli Polacy nie zmienią nastawienia do tej kwestii, nosiciele wirusa HIV będą zmuszeni ukrywać to przed wszystkimi. Będzie to jedyne racjonalne zachowanie, które pozwoli im normalnie żyć. Ale czy samo społeczeństwo na tym zyska? Czy zyska na produkowaniu autystycznych jednostek, które są zmuszone, by swój dramat dźwigać w absolutnej samotności? I – to najbardziej dramatyczna kwestia – czy nie spowoduje to frustracji pojedynczych nosicieli, którzy mając dość samotnego zmagania się z problemem, zaczną się nim „dzielić” w najbardziej okrutny sposób?

Jedno jest pewne, ucieczka przed problemem jest zawsze najgorszym rozwiązaniem.

Wpis opublikowaliśmy 5 stycznia 2011

889. 2010/2011

Kończy się kolejny rok. Wierzyliśmy, że będzie dobry, a nawet lepszy, od poprzedniego. Rzeczywistość nie spełniła tych oczekiwań. 2010 rok przyniósł nam wiele cierpień, łez, smutku i żalu. Te uczucia mogłyby jeszcze zaowocować czymś dobrym. Niestety, pewna część polityków, publicystów i duchownych skutecznie takie procesy uniemożliwiła. Przestrzeń publiczna została zatruta przez nienawiść. Najgorsze jest to, że nic nie zapowiada poprawy.

Prywatnie ten rok był dla mnie dobry. Dużo mi dał nowych doświadczeń i pozwolił zamknąć pewne etapy w życiu. Tylko czasu miałem za mało, na znajomych i na bloga.

Dziękuję za pamięć wszystkim, którzy złożyli mi życzenia z okazji Świąt. Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę, by 2011 rok był spokojniejszy od obecnego, by dał wam wiele radości i szczęścia.

Tradycją mojego bloga jest publikowanie w Sylwestra „listy nieobecności” – tak długa jeszcze nigdy nie była…

J.D. Salinger

K. Skubiszewski

J. Turek

L. Piotrowski

K.T. Toeplitz

J. Saramago

E. Czyżewska

I. Bajerowa

H. Jankowski

K. Imieliński

K. Sobczyk

K. Stolarska

J. Kukulski

G. Labuda

M. Dubrawska

A. Konic

W. Siemion

S. Grodzieńska

R. Matuszewski

M. Kozłowski

T. de Virion

L.J. Kern

H.M. Górecki

G. Kownacka

oraz 96 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, w tym:

L. Kaczyński

M. Kaczyńska

R. Kaczorowski

K. Putra

K. Bochenek

J. Szmajdziński

W. Stasiak

A. Szczygło

P. Wypych

T. Merta

M. Płużyński

D. Gągor

A. Przewoźnik

P. Nurowski

J. Kochanowski

S. Skrzypek

J. Kurtyka

G. Dolniak

G. Gęsicka

P. Gosiewski

Z. Wassermann

S. Karpiniuk

I. Jaruga-Nowacka

A. Natalii-Świat

A. Rybicki

J. Szymanek-Deresz

T. Płoski

R. Indrzejczyk

A. Walentynowicz

J. Zakrzeński

Wpis opublikowaliśmy 31 grudnia 2010

888. To prawica zabiła Teatr Telewizji!

Bezczelność publicystów „Rzepy” to rzecz znana, w piątek miał miejsce kolejny jej popis. Oto bowiem dziennikarze tej gazety wystosowali apel w obronie Teatru Telewizji a publicysta Jacek Lutomski w płaczliwym tekście pt. Koniec Teatru Telewizji pisze:

To już koniec Teatru Telewizji. Jego miejsce w poniedziałkowym paśmie, do którego przez ponad pół wieku przyzwyczajano widzów, zajmą amerykańskie seriale. W 2011 roku powstaną zaledwie trzy nowe spektakle.

Scena, która tak znakomicie wpisała się w dzieje naszej kultury, mająca największą w Polsce widownię teatralną, nie interesuje władz telewizji publicznej. Poprzednie ekipy na Woronicza traktowały instytucję, z której byliśmy dumni w świecie i Europie, jako listek figowy skrywający całkowitą indolencję w realizacji misji. W czasach odmóżdżonej telewizji nawet listek nie jest potrzebny.

Źródło: blog Jacka Lutomskiego „Wata szklana”,

[URL="http://blog.rp.pl/lutomski/2010/12/16/koniec-teatru-telewizji/#comment-7348"]http://blog.rp.pl/lutomski/2010/12/16/koniec-teatru-telewizji/#comment-7348[/URL]

Są jakieś granice bezczelności! Lutomski udaje czy naprawdę nie wie, że to PRAWICA, której „Rzeczpospolita” wiernie kibicuje, zabiła Teatr Tv?

Chciałem przypomnieć, że przez całe lata dziewięćdziesiąte (nie wspominam już o okresie PRL), gdy telewizją przede wszystkim rządziła lewica lub PSL, telewizyjna scena była w rozkwicie. Znienawidzony i wiązany z SLD Robert Kwiatkowski był ostatnim prezesem, za którego Teatr Tv istniał i miał się dobrze. Wiem, co mówię, bo mam z tego okresu ponad 80 kaset VHS z nagranymi na magnetowidzie bardzo przyzwoitymi przedstawieniami.

Potem Telewizją Polską zaczęła rządzić prawica – Dworak z PO, Farfał z LPR, Wildstein i Urbański z PiS. To oni zamordowali Teatr Tv! To wtedy przestano produkować premiery, z rzadka emitowano tytuły archiwalne, przesunięto godzinę emisji (po 21) i ograniczono je do jednego poniedziałku w miesiącu Jeśli już powstawały premiery, były to niemal wyłącznie tworzone na podstawie dokumentów z IPN polityczne agitki na zamówienie władzy – coś, co nie miało nic wspólnego z materią teatru, czyli wielką literaturą.

Może więc zamiast płaczliwego tekstu nad końcem telewizyjnej sceny, pan Lutomski powinien porozmawiać ze swoim redakcyjnym kolegą Wildsteinem – jedną z osób bezpośrednio odpowiedzialnych za upadek narodowej sceny?

Są na szczęście przedsięwzięcia ratujące to wielkie dziedzictwo, jakim jest Teatr Tv – myślę o dwóch inicjatywach. Pierwszą jest zapis spektakli powstałych dla Teatru Tv w ramach „Złotej Setki” (prod. TVP S.A.). Drugą jest zapis przedstawień współczesnych przenoszonych ze scen teatralnych i operowych (prod. Polskie Wydawnictwo Audiowizualne i TVP S.A.). Są też wydane na DVD niektóre spektakle kultowej przed laty Kobry.

Ja sobie poradzę. Mam kasety VHS z nagraniami, mam niemal wszystkie edycje DVD. Ale mnie było na to stać i nigdy nie żałowałem pieniędzy na książki i teatr. Większość ludzi jednak takich możliwości pewnie nie ma. Oni płacą jednak abonament radiowo-telewizyjny i powinni mieć prawo do oglądania polskiej klasyki w telewizji.

Kilka dni temu Jan Peszek, znakomity polski aktor i miłośnik Japonii, mówił w wywiadzie dla „Dziennika”, że w Tokio każdego wieczora gra 200 teatrów. To więcej niż jest w całej Polsce. I ten fatalny stan polskiej kultury pogorszy się jeszcze wskutek dalszego ograniczania sceny telewizyjnej.

Nie zapominajmy o tym, że to prawica – PO, PiS i LPR – zabiła Teatr Telewizji!


Wpis opublikowaliśmy 19 grudnia 2010

887. Czytanie to najważniejsza rzecz, jaka mi się w życiu przydarzyła

Wzruszający, ujmujący, pełen humanistycznego przesłania, po prostu piękny wykład tegorocznego laureata literackiej Nagrody Nobla, wygłoszony 7 grudnia w Sztokholmie przy okazji odbierania nagrody.

Dla każdej osoby ceniącej literaturę, wierzącej w jej wielką siłę i rolę, skłonnej dać wyobraźni pierwszeństwo przed rzeczywistością, przynajmniej czasami, lektura tego tekstu prawdopodobnie będzie rozkoszą.

Czytanie to najważniejsza rzecz, jaka mi się w życiu przydarzyła.

(…)

Gdybym przywołał tutaj wszystkich pisarzy, którym zawdzięczam coś albo wiele, ich cień pogrążyłby nas w ciemności. Jest ich bez liku. Nie tylko ujawnili mi tajemnice opowiadania historii, ale kazali zgłębiać otchłanie człowieczeństwa, podziwiać wielkie czyny człowieka i truchleć wobec jego obłędu. Byli moimi najbardziej usłużnymi przyjaciółmi, animatorami mego powołania; dzięki ich książkom odkryłem, że nadzieja nie ginie nawet w najgorszych okolicznościach i że warto jest żyć, choćby dlatego, że gdybyśmy nie żyli, nie bylibyśmy w stanie czytać ani roić opowieści.

Czasem zadawałem sobie pytanie, czy w takich krajach jak mój, gdzie tak mało jest czytelników a tak wielu biedaków i analfabetów, tak wiele nieprawości, gdzie kultura jest przywilejem tak niewielu, pisanie nie jest czasem samolubnym luksusem. Ale te wątpliwości nigdy nie zdusiły we mnie powołania i pisałem zawsze, nawet wtedy, gdy niemal cały swój czas musiałem poświęcać na pracę zarobkową. I chyba dobrze postępowałem, bo jeśliby warunkiem rozkwitu literatury w społeczeństwie były wysoki poziom jego kultury, wolność, dobrobyt i sprawiedliwość, to nigdy by nie zaistniała. Przeciwnie, to dzięki literaturze, sumieniom, które budziła, pragnieniom i marzeniom, które rodziła, rozczarowaniu, po którym wracamy z podróży do rzeczywistości do pięknego zmyślenia, cywilizacja jest dziś mniej okrutna niż wówczas, gdy pierwsi bajarze uczłowieczali życie swoimi opowieściami.

(…)

Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy. Bylibyśmy większymi konformistami, mniej niespokojni i mniej niepokorni, a duch krytyki, napęd postępu, w ogóle by nie istniał. Podobnie jak pisanie, także czytanie jest formą protestu przeciw niedostatkom życia. Ten, kto w fikcji szuka tego, czego mu brak, mówi, bez wypowiadania tego głośno, a nawet może tego nie wiedząc, że życie takie, jakim jest, nie wystarcza, by zaspokoić nasze pragnienie absolutu, tej podstawy ludzkiej kondycji; że powinno być lepsze. Wymyślamy fikcje, żeby móc przeżyć tych wiele żywotów, które chcielibyśmy mieć, choć mamy zaledwie ten jeden jedyny.

Bez fikcji bylibyśmy mniej świadomi, jak ważna jest wolność, żeby życie dało się żyć, i jakim się staje piekłem, gdy wolność dławi tyran, ideologia czy religia. Kto wątpi, że literatura nie tylko pozwala nam śnić o pięknie i szczęściu, ale i przestrzega nas przed wszelkim uciskiem, niech spyta, czemu wszystkie reżimy, które usiłują kontrolować ludzie życie od kolebki po grób, tak się jej boją, że ustanawiają cenzurę, by ją zdławić, i śledzą podejrzliwie niezależnych pisarzy. Czynią tak, bo wiedzą, jak niebezpieczne są wycieczki wyobraźni w książki, jak groźne stają się fikcje, gdy czytelnicy zestawiają wolność, która je rodzi i która się w nich realizuje, z obskurantyzmem i strachem czyhającymi na nich w prawdziwym życiu.

(…)

Literatura rodzi braterstwo i przyćmiewa granice, które między mężczyznami i kobietami wytyczają niewiedza, ideologie, religie, języki i zwykła głupota.

(…)

Literatura opacznie przedstawia życie, a jednak pozwala lepiej je zrozumieć, połapać się w labiryncie, w którym się rodzimy, błąkamy i umieramy. Daje nam zadośćuczynienie po niepowodzeniach, jakich nam przysparza prawdziwe życie, dzięki niej przynajmniej częściowo odczytujemy hieroglify, jakimi istnienie jest dla ogromnej większości istot ludzkich, przynajmniej dla tych z nas, którzy mamy więcej wątpliwości niż pewników i przyznajemy się do zagubienia wobec transcendencji, losu jednostki i zbiorowości, duszy, sensu lub bezsensu historii, tej i tamtej strony racjonalnego poznania.

(…)

Gardzę wszelkim nacjonalizmem, tą ideologią lub lepiej: religią, prowincjonalną, krótkowzroczną, wykluczającą, ograniczająca horyzont myśli, skrywającą przesądy etniczne i rasistowskie i uznającą za najwyższą wartość moralną i ontologiczną przewagę przypadkową okoliczność, gdzie się kto urodził. Obok religii, nacjonalizm był przyczyną najgorszych rzezi w dziejach ludzkości, jak obie wojny światowe czy obecna krwawa łaźnia na Bliskim Wschodzie.

(…)

Peru to Patrycja, krewna o zmarszczonym nosku i nieokiełznanej naturze, z którą miałem szczęście ożenić się 45 lat temu i która wciąż znosi pomagające mi pisać manie, nerwice i złości. Bez niej moje życie już dawno rozpłynęłoby się w wirze chaosu (…). Ona robi wszystko i wszystko robi dobrze. (…) Jest tak szczodra, że nawet wówczas, gdy sądzi, że mnie beszta, wygłasza najlepszą pochwałę: – Mario, nie nadajesz się do niczego poza pisaniem.


Źródło: Gazeta Wyborcza
Pełny tekst wykładu:
[URL="http://wyborcza.pl/1,76842,8801253,pochwala_czytania_i_fikcji_literackiej___mowa_noblowska.html"]http://wyborcza.pl/1,76842,8801253,Pochwala_czytania_i_fikcji_literackiej___mowa_noblowska.html[/URL]

Wpis opublikowaliśmy 13 grudnia 2010

886. Ideał sięgnął bruku

Pamiętacie ten wiersz?

Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie
Nie docieczonego wątku
Pełne, jak Mit,
Blade – jak świt…
– Gdy życia koniec szepce do początku:
“Nie stargam Cię ja – nie! – Ja… u-wydatnię!…”

(…)

I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają… runął… runął – Twój fortepian!

Ten!… co Polskę głosił – od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wziętą hymnem zachwytu -
Polskę – przemienionych kołodziejów:
Ten sam – runął – na bruki – z granitu!
I oto – jak zacna myśl człowieka -
Potérany jest gniéwami ludzi;
Lub – jak od wieka
Wieków – wszystko, co zbudzi!
I oto – jak ciało Orfeja -
Tysiąc pasji rozdziera go w części;
A każda wyje: “nie ja!…”
“Nie ja!” – zębami chrzęści -

Lecz Ty? – lecz ja? – uderzmy w sądne pienie,
Nawołując: “Ciesz się późny wnuku!…
Jękły głuche kamienie -
Ideał sięgnął bruku – – “


[URL="http://www.walpurg.pl/wordpress/wp-content/uploads/2010/12/fortepian.jpg"][/URL]

To bardzo skrócony fragment „Fortepianu Szopena” Norwida. Przytoczyłem go, bo przypomniałem sobie o bardzo ciekawej instalacji stojącej w Krakowie na Plantach, tuż obok Teatru im. Juliusza Słowackiego.

Nie sposób jej nie zauważyć i nie przystanąć. To proste ale niesamowicie przemawiające do wyobraźni dzieło będące chyba dobrym sposobem na przypomnienie o Roku Chopinowskim.

[URL="http://www.walpurg.pl/wordpress/wp-content/uploads/2010/12/fortepian1.jpg"][/URL] [URL="http://www.walpurg.pl/wordpress/wp-content/uploads/2010/12/fortepian2.jpg"][/URL] [URL="http://www.walpurg.pl/wordpress/wp-content/uploads/2010/12/fortepian3.jpg"][/URL]

Źródło: Gazeta.pl


Jak widzicie na zdjęciach (mam foto z komórki ale niezbyt wyraźne więc wkleiłem z Gazety.pl) jest to sześcian ze szkła przy czym dolna płaszczyzna jest wybrukowana betonową kostką. Wewnątrz znajduje się fortepian, ale jest to fortepian roztrzaskany, jakby go ktoś zrzucił z drugiego piętra. Obok tej instalacji, na trawniku, znajdują się małe głośniki, z których rozlega się muzyka Chopina (później dowiedziałem się z prasy, że w interpretacji Nelsona Goernera – Argentyńczyka, uznanego przez magazyn „BBC Music Magazine” za artystę z grupy „new blond” – wybitnych młodych wykonawców muzyki klasycznej).

Jest to instalacja Aleksandra Janickiego pt. „Upadły fortepian” i stanowi część projektu (jak ja nie znoszę tego słowa!) „Chopin w mieście” realizowanego przez Krakowskie Biuro Festiwalowe.

- Norwid porównując Chopina do Fidiasza i całej plejady największych artystów świat, rozumiał, że Chopin na tamten czas jest niezrozumiały. Defenestracja fortepianu była ilustracją nie zawirowań powstańczych, tylko braku zrozumienia dla wybitnej sztuki – wyjaśnił twórca instalacji. Jak czytamy w prasie: w ramach projektu „Chopin w mieście” Aleksander Janicki zrealizował cztery swoje pomysły. Na placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego przed Dworcem Głównym PKP w Krakowie stoi jego multimedialna rzeźba „Chopin SAT”.

[URL="http://www.walpurg.pl/wordpress/wp-content/uploads/2010/12/kula.jpg"][/URL]

„Chopin SAT”


Wewnątrz kuli – będącej swoistą salą koncertową – odtwarzana jest muzyka Fryderyka Chopina we współczesnych aranżacjach. Na ul. Szewskiej jest „Przyst@nek Chopin” – wewnątrz wiaty z polerowanej stali, w której można przystanąć lub przysiąść jak na zwykłym przystanku, sączą się z głośników utwory kompozytora.

[URL="http://www.walpurg.pl/wordpress/wp-content/uploads/2010/12/przystanek.jpg"][/URL]

„Przyst@nek Chopin”


Z kolei obok Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha stanęła rzeźba origami – stalowy żuraw, a z rozmieszczonych wokół kolumn płynie muzyka Chopina szczególnie bliskiego sercom Japończyków.

W ramach krakowskich obchodów Roku Chopinowskiego i projektu „Chopin w mieście” w różnych punktach Krakowa stanęło siedem replik fortepianu marki Pleyel z 1847 roku, pomalowanych przez znanych artystów, a na Bulwarach Wiślanych wystawiane są wielkoformatowe reprodukcje obrazów Jerzego Dudy-Gracza inspirowanych utworami Chopina. Na kilku przystankach komunikacji miejskiej pojawiły się ławki stylizowane na taborety fortepianowe, a posadzki pod wiatami udają klawiatury fortepianowe.

Kraków, stare średniowieczne miasto, to ciekawa sceneria dla takich instalacji. Zdecydowanie największe wrażenie robi jednak ten „Upadły fortepian” – pomysł niby banalny, ale może właśnie jego dosłowna realizacja tak bardzo fascynuje i przemawia.

Teksty dotyczące instalacji: PAP.

Wpis opublikowaliśmy 2 grudnia 2010

Blog Walpurga

Zobacz koniecznie!